Austria

Alpy Wapienne. Droga do jeziora Schwarzensee.

Czechy

Góry Izerskie. Okolice Detrichova.

Polska

Karkonosze. Przełęcz Odrodzenie.

Czechy

Czeski Raj. Panorama z wieży widokowej Cisarsky Kamen.

Austria

Alpy Wapienne. Góra Schafberg.

piątek, 19 października 2018

Wiatrak Świetlik (13.10.2018)

1,5 km na północ od miejscowości Horní Podluží wzdłuż szlaku rowerowego nr 3013 znajduje się jeden z największych zachowanych w Czechach wiatraków z pełnym wyposażeniem technicznym, a przy tym jedyny młyn typu holenderskiego ocalały na ziemiach czeskich, co prawda nieczynny, ale z niemal gotową do pracy maszynerią. Podwoje obiektu są zwykle zamknięte, lecz można umówić się na indywidualną wizytę z obecnym, prywatnym właścicielem młyna. 

Obiekt powstał w 1843 roku w sercu ówczesnej, nieistniejącej już dzisiaj miejscowości Lichtenberg (Světlík), tuż nad brzegiem stawu o tej samej nazwie i działał nieprzerwanie do końca drugiej wojny światowej. W latach późniejszych, po wysiedleniu rdzennych mieszkańców wsi, młyn ulegał stopniowej degradacji przerwanej w 1962 roku przekazaniem obiektu pod auspicje lokalnych zapaleńców, którzy dokonywali bieżących napraw i sprawowali nadzór nad techniczną częścią obiektu. Niestety, po jednej z burz, w wyniku której doszło do uszkodzeń śmigła, rozpoczął się kolejny niezbyt ciekawy okres w życiu młyna. Obiekt nawiedzany przez lokalnych wandali ulegał dalszemu zniszczeniu aż do lat 90-tych XX wieku. Wtedy znalazł się w rękach obecnego właściciela, który rozpoczął długotrwały proces odbudowy i restauracji drewnianej konstrukcji. Po wielu latach, z końcem 2011 roku młyn uzyskał teraźniejszy wygląd i funkcjonalność. Unikalne pięciołopatkowe śmigło wraz z odnowionymi i dodanymi kołami zębatymi mechanizmu stanowi pamiątkę po zapomnianej już dzisiaj technologii, jednocześnie młyn jest miejscem spotkań lokalnej społeczności i atrakcją turystyczną wzdłuż leśnego pieszo-rowerowego szlaku. Warto tu zajrzeć nawet jeśli pogoda nieco się pogorszy :)

Więcej informacji o obiekcie znajdziecie pod tym adresem. 

W drodze do wiatraka...




Olbersdorfer See

Zamek w Hainewalde


Großschönau





Wiatrak Świetlik





 Mapa: 






piątek, 17 sierpnia 2018

Spływ na canoe po Nysie Łużyckiej (15.08.2018)

Wspólnie ze znajomymi postanowiliśmy spłynąć na dwóch canoe po Nysie Łużyckiej. Swoją wodną przygodę rozpoczęliśmy na wysokości zalewu Kristýna w Hrádku nad Nisou mając ambitne plany dotarcia do klasztoru Marienthal. Po dwóch wywrotkach i blisko pięciu godzinach wiosłowania dopłynęliśmy ledwie do Hirschfelde (pokonując dystans 10,5 km) gdzie szczęśliwie ukończyliśmy nasze zmagania. Drugą połowę drogi do klasztoru odbyliśmy na rowerach błogosławiąc decyzję o skróceniu żeglugi wodnej. Co ciekawe, niektórzy uczestnicy spływu, mimo wszystko, chwalili sobie tę całodzienną wyprawę :).

Chętni, którzy myślą o ekspedycji po mętnych wodach Nysy Łużyckiej powinni zajrzeć na stronę czeskiej wypożyczalni łodzi. Znajdziemy tam zakładkę dotycząca rezerwacji, na której widnieje formularz do wypełnienia. Musimy pamiętać, iż oprócz samego sprzętu do pływania przydadzą nam się jeszcze wiosła, kamizelki i, najważniejsza sprawa – plastikowa beczka, do której władujemy wszystko to, co chcemy uchronić przed zamoczeniem lub utopieniem. Po skompletowaniu formularza wyskoczy nam końcowa cena uzależniona od odległości oraz od tego czy chcemy, aby organizator spływu dowiózł nam na metę nasze rowery, którymi przyjedziemy na Kristýnę. Wyprawa dla dwóch osób to koszt około 800 koron. Potwierdzenie rezerwacji dostaniemy e-mailem. 

Kiedy więc przyjechaliśmy nad zalew sprzęt już na nas czekał. Po opłaceniu kosztów wyprawy, wysłuchaniu i przeczytaniu informacji na temat jazów, pozostawieniu rowerów w garażu – wskoczyliśmy do łódek. Początkowa adrenalina była tak wielka, że pierwszy jaz w pobliżu trójstyku granic, o którym w broszurze było napisane, że ewentualnie nadaje się do przepłynięcia – postanowiliśmy pokonać siedząc w canoe. Jako świeżo upieczone wilki rzeczne na półmetrowej wysokości jaz wpłynęliśmy nonszalancko bokiem, dzięki czemu chwilę później wychodziliśmy na brzeg zmoczeni od stóp do głów. Przy okazji jedno z wioseł zaczęło w sposób niekontrolowany odpływać w siną dal, na co trzeźwo zareagowała moja żona rzucając się w morderczą pogoń. Tylko dzięki jej wielkiemu poświęceniu udało się ocalić wiosło przed czekającymi je kilkaset kilometrów dalej głębinami morza. Canoe nabrało wody i trzeba było wyciągnąć łódź na brzeg, co nie było takie proste. Przy okazji zostaliśmy mimowolnymi bohaterami filmów, które telefonami kręcili jacyś ludzie po drugiej stronie brzegu. Pewnie od kilku dni krążymy po Youtubie jako przykład ilustrujący wykład pt. „Co wódka robi z człowiekiem”.



Trójstyk granic

Most graniczny w Porajowie

Nieczynna przeprawa w Porajowie

Mandawa wpływa do Nysy Łużyckiej

No nic, pierwsze koty za płoty. Po zimnym prysznicu wróciliśmy na rzekę w celu kontynuowania rejsu. Niestety, dość niski poziom wody zamienił czynność płynięcia w rodzaj szurania po brzegu, wiecznego zatrzymywania się, przeciągania łódki nad wystającymi kamieniami. Etap ten trwający z godzinę był naprawdę męczący, a o zbliżaniu się do kolejnego płytkiego odcinka świadczyła zaburzona przez przeszkody powierzchnia wody. Problem w tym, że do przyczyn kolejnej wywrotki, nawet po wielokrotnych analizach, nie doszliśmy do dzisiaj. Znów postawiło nas bokiem i kompletnie nie przygotowanych wywaliło z całym dobytkiem. Brawo my! Na pocieszenie od nieujarzmionej przyrody otrzymaliśmy w miarę łagodny brzeg, po którym ostatnim wysiłkiem mięśni wczołgaliśmy pełne wody canoe. W tym miejscu połowa naszego duetu zamarzyła o wyprawach rowerowych, w których rzekę pokonuję się mostem a nie wpław. Na szczęście nastrój depresji, prawdopodobnie dzięki słońcu, szybko minął i ponownie znaleźliśmy się w wodzie (to znaczy w łodzi). Zrobiło się głębiej i wreszcie mogliśmy płynąć ile dusza zapragnie. Z tym, że nie do końca. Sterowanie canoe tak, by utrzymywało się przez dłuższy czas zgodnie z kierunkiem nurtu jest niemożliwe. Wystarczy o jedno machnięcie wiosła za dużo, a łódka momentalnie schodzi z kursu. Halsowaliśmy zatem od brzegu do brzegu, jak wiązka lasera odbijająca się od ścian światłowodu. Przynajmniej nie było nudno, gdyż brzegowa sceneria już dawno nam spowszedniała. Nie licząc czapli siwej, jednego polskiego żula i garstki niemieckich emerytów rzeka nie ma do zaoferowania jakichś szczególnych widoków. Chaszcze, drzewa, odgłosy pociągu…

Wiadukt kolejowy do Zittau

Czapla siwa


Most graniczny w Sieniawce
Zgodnie z ulotką do klasztoru Marienthal powinniśmy dotrzeć po około 6 godzinach pokonując trasę 22,5 km. Tymczasem po nieco ponad czterech godzinach byliśmy zaledwie na wysokości Hirschfelde, a więc w połowie drogi. Podjąłem decyzję o zakończeniu walki z wodami Nysy Łużyckiej. Na pobliskim jazie kończył się krótszy etap i sporo osób właśnie tutaj odbierało swoje rowery. Do Hrádka nad Nisou można było też wrócić na wynajętej hulajnodze. Zadzwoniłem do obsługi i poprosiłem o przywiezienie rowerów. Zanim bus z przyczepą przyjechał zdążyliśmy się wysuszyć i pożywić.

Lodziarnia w Rosenthal

Klasztor Marienthal
Do klasztoru dotarliśmy w środowisku bardziej przyjaznym dla człowieka, czyli po lądzie, w bezpiecznej odległości co najmniej kilku metrów od rzeki. Co ciekawe, po raz pierwszy patrzyliśmy na lustro wody analizując jak wyglądałby nasz rejs, gdybyśmy kontynuowali żeglugę. Stwierdziliśmy jedno: marnie! Mielizny, kamienie, wodorosty – tak wygląda dalsza część rzeki. Do celu dotarlibyśmy prawdopodobnie po 18.00, a więc grubo po ośmiu godzinach rejsu. Tymczasem na rowerach zdążyliśmy dojechać do klasztoru i zbliżaliśmy się do restauracji w Zittau w parku w pobliżu zoo, gdzie zjedliśmy super smaczny obiad. W Bogatyni byliśmy o 19.30, po jedenastu godzinach od wyjazdu. Nasi znajomi byli na tyle zachwyceni wyprawą, że obiecali sobie, iż za rok powtórzą rejs, być może, dla odmiany, na pontonach. Wszystko to dlatego, że nie zaliczyli wywrotki, bo jaki inny powód byłby tego? No jaki?

piątek, 20 lipca 2018

Przerwana zapora na rzece Bílá Desná (8.07.2018)

Powtórnie odwiedziłem urokliwe zakątki zniszczonej zapory na rzece Bílá Desná w czeskich Górach Izerskich. Tym razem bez roweru, dzięki czemu mogłem dokładnie obejrzeć wszystkie zakątki tego uchodzącego, po tylu latach od tragedii, za atrakcję turystyczną miejsca. 

Do opisu, który pojawił się przy okazji mojego poprzedniego wpisu o zaporze warto dodać, że pierwszy przeciek został zauważony przez przechodzących drwali, którzy powiadomili nadzór tamy o tryskającym źródełku o grubości połowy palca. Przeciek zaczął szybko się poszerzać i popołudniu od strony koryta rzeki zaczął odpadać materiał budowlany. Minęło pół godziny i tama została uszkodzona aż do samego dna co zapoczątkowało proces nieodwracalnej destrukcji. Po katastrofie przez 17 lat prowadzone było postępowanie karne, w wyniku którego ustalono, że przyczynami przerwania zapory było źle dobrane miejsce budowli i jej wady konstrukcyjne. Dyrektor firmy budowlanej po otrzymaniu wstępnego raportu dotyczącego przyczyn katastrofy popełnił samobójstwo.





Minionej niedzieli ruch nad zaporą był raczej okazjonalny, choć od czasu do czasu nad tamą pojawiały się większe grupy rowerzystów. Uwagę moją przykuł pomnik ku czci ofiar pamiętnej tragedii: skryty w lesie obelisk został opasany wąskimi odcinkami metalu, na których wytłoczono nazwiska i lata urodzenia osób zmarłych w wyniku katastrofy. Naniesione na paski daty pochodzące z końca XIX i początku XX wieku robią niesamowite wrażenie, uzmysławiają ile już czasu upłynęło od tamtych dni, a jednocześnie są pamiątką po życiu tych tragicznie zmarłych ludzi, których grobów zapewne nie ma już na żadnym istniejącym cmentarzu… Tutaj coś jednak po nich pozostało.
















Obelisk upamiętniający ofiary katastrofy


Bufet

Nad tamą można się pożywić i napić w czynnym bufecie, a nawet zjeść ciasto pochodzące z własnych wypieków. Jeśli chodzi o parking – auto najlepiej zostawić po lewej stronie drogi (patrząc od strony schroniska Smědava), około 300 m przed wejściem na szlak prowadzący do zapory. W miejscu, w którym trasa rowerowa nr 3020 wchodzi w głąb Gór Izerskich znajduje się plac na kilka pojazdów.

Mapa: